Saga Pieśni
Lodu i Ognia została wciągnięta w bezwzględną, marketingową maszynę. Nie ma w
tym nic dziwnego, wszak wokół kury znoszącej złote jajka zawsze pojawia się
chmara sępów. W sytuacji, gdy niedługo podcierać będziemy się logiem Gry o
Tron, jest pewien zauważalny pozytyw. Wiele osób dopiero teraz zorientowało się
o wartości sagi Martina. Przyznam się szczerze, że można wśród nich znaleźć i
mnie. I podobnie jak reszta, zostałem olśniony.
George R. R.
Martin to persona o niespotykanej wyobraźni. Rzadko kto jest w stanie wykreować
swój własny, ogromny świat i osadzić w nim niespotykaną intrygę, zahaczającą
zarówno o wątki polityczne, jak i kryminalno-batalistyczne. Stąd też porównania
do guru fantastyki w postaci Tolkiena są jak najbardziej na miejscu.
Grę o Tron
bardzo trudno nazwać szablonową powieścią fantasy, dlatego też byłbym ostrożny
z przyrównywaniem jej do Władcy Pierścieni. W tym drugim mieliśmy klasyczny
podział na dobro i zło, głównego antybohatera i cel do zrealizowania, by zbawić
świat. W powieści Martina wszystko napisane zostało odcieniami szarości. Trudno
tu o jednoznaczne wskazanie zła – wiele zależy od punktu widzenia.
A tych
posiadamy kilka, gdyż fabuła jest nam serwowana z perspektywy aż ośmiu znacznie
różniących się od siebie bohaterów. Znajdziemy wśród nich szlachetnego lorda,
Namiestnika Północy, który honor i rodzinę klasyfikuje na pierwszym miejscu.
Jest i owoc nieprawego łoża – Jon Snow, próbujący odnaleźć swoje przeznaczenie
w brutalnym dla niego otoczeniu. Poznajemy również perypetie zmęczonej życiem
żony, która marzy o spokojnej starości w objęciach swojego ukochanego. Poza
kontynentem księżniczka Daenerys brata się z dziką hordą, by powrócić do
Westeros i upomnieć się o tron. George R. R. Martin serwuje nam opowieść z
perspektywy zarówno rodziny Starków, mieszkańców północy, jak i ich
przeciwników – tutaj warto wymienić przede wszystkim Tyriona Lannistera, karła
urodzonego w szlachetnej rodzinie.
Takie
podejście do tematu sprawia, że czytelnik ma swobodę wyboru swoich ulubionych
bohaterów oraz tych, których nienawidzi z całego serca. Trudno znaleźć tu
jedyną słuszną postać, co jest główną zaletą Gry o Tron. Kolejne perypetie
dawkowane są w spokojnym tempie, głównie ze względu na mnogość zaistniałych
wydarzeń. Martin trzyma czytelnika w niepewności, pozostawiając jego ulubioną
postać w najgorętszym momencie, by powrócić do niej w późniejszym czasie.
Wyrazistość charakterów została tutaj przedstawiona w niesamowicie trafnym
stylu. Pozwala to czytelnikowi wczuć się w świat jak nigdy dotąd i z wypiekami
na twarzy uczestniczyć w zarysowanych intrygach.
Pisarz w
subtelny sposób żartuje sobie ze swoich fanów. Opisuje on pewne istotne
wydarzenia z perspektywy osób pozornie mało ważnych. Takim oto sposobem wysyła
on karła nieboraka do walki w pierwszym szeregu i czyni z niego chwilowego
bohatera. Drugi front ukazuje nam natomiast z oczu matki skrywającej się za
pagórkiem. Omija nas zatem cała akcja, a o jej przebiegu dowiadujemy się z
późniejszych opowieści. Tak, jakby autor bał się konfliktów zbrojnych, a jednak
w innych miejscach pokazał, że fechtunek nie jest mu obcy.
Fabuła w
Grze o Tron prowadzona jest spokojnie, a czytelnik karmiony jest następującymi
po sobie opisami, które niekoniecznie mają jakąkolwiek wartość w płynącej
opowieści. Generują jednak ten wyjątkowy klimat, sprawiający, że kolejne strony
ulatują w niezauważalnym tempie. Ogrom ciekawych postaci i informacji sprawia,
iż każdy znajdzie w powieści element, który będzie go trzymał w niepewności do
samego końca.
Boli jedynie
iście hollywoodzkie zakończenie, które standardowo pozostawia więcej znaków
zapytania, niż konkretnych odpowiedzi. Pierwszy tom Pieśni Lodu i Ognia to
swojego rodzaju wstęp do prawdziwej intrygi, która zawładnie całym Westeros… i
czytelnikami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz