czwartek, 16 sierpnia 2012

Winter is coming, czyli kampania polityczna w średniowiecznym ujęciu


Saga Pieśni Lodu i Ognia została wciągnięta w bezwzględną, marketingową maszynę. Nie ma w tym nic dziwnego, wszak wokół kury znoszącej złote jajka zawsze pojawia się chmara sępów. W sytuacji, gdy niedługo podcierać będziemy się logiem Gry o Tron, jest pewien zauważalny pozytyw. Wiele osób dopiero teraz zorientowało się o wartości sagi Martina. Przyznam się szczerze, że można wśród nich znaleźć i mnie. I podobnie jak reszta, zostałem olśniony.




George R. R. Martin to persona o niespotykanej wyobraźni. Rzadko kto jest w stanie wykreować swój własny, ogromny świat i osadzić w nim niespotykaną intrygę, zahaczającą zarówno o wątki polityczne, jak i kryminalno-batalistyczne. Stąd też porównania do guru fantastyki w postaci Tolkiena są jak najbardziej na miejscu.

Grę o Tron bardzo trudno nazwać szablonową powieścią fantasy, dlatego też byłbym ostrożny z przyrównywaniem jej do Władcy Pierścieni. W tym drugim mieliśmy klasyczny podział na dobro i zło, głównego antybohatera i cel do zrealizowania, by zbawić świat. W powieści Martina wszystko napisane zostało odcieniami szarości. Trudno tu o jednoznaczne wskazanie zła – wiele zależy od punktu widzenia.

A tych posiadamy kilka, gdyż fabuła jest nam serwowana z perspektywy aż ośmiu znacznie różniących się od siebie bohaterów. Znajdziemy wśród nich szlachetnego lorda, Namiestnika Północy, który honor i rodzinę klasyfikuje na pierwszym miejscu. Jest i owoc nieprawego łoża – Jon Snow, próbujący odnaleźć swoje przeznaczenie w brutalnym dla niego otoczeniu. Poznajemy również perypetie zmęczonej życiem żony, która marzy o spokojnej starości w objęciach swojego ukochanego. Poza kontynentem księżniczka Daenerys brata się z dziką hordą, by powrócić do Westeros i upomnieć się o tron. George R. R. Martin serwuje nam opowieść z perspektywy zarówno rodziny Starków, mieszkańców północy, jak i ich przeciwników – tutaj warto wymienić przede wszystkim Tyriona Lannistera, karła urodzonego w szlachetnej rodzinie.

Takie podejście do tematu sprawia, że czytelnik ma swobodę wyboru swoich ulubionych bohaterów oraz tych, których nienawidzi z całego serca. Trudno znaleźć tu jedyną słuszną postać, co jest główną zaletą Gry o Tron. Kolejne perypetie dawkowane są w spokojnym tempie, głównie ze względu na mnogość zaistniałych wydarzeń. Martin trzyma czytelnika w niepewności, pozostawiając jego ulubioną postać w najgorętszym momencie, by powrócić do niej w późniejszym czasie. Wyrazistość charakterów została tutaj przedstawiona w niesamowicie trafnym stylu. Pozwala to czytelnikowi wczuć się w świat jak nigdy dotąd i z wypiekami na twarzy uczestniczyć w zarysowanych intrygach.

Pisarz w subtelny sposób żartuje sobie ze swoich fanów. Opisuje on pewne istotne wydarzenia z perspektywy osób pozornie mało ważnych. Takim oto sposobem wysyła on karła nieboraka do walki w pierwszym szeregu i czyni z niego chwilowego bohatera. Drugi front ukazuje nam natomiast z oczu matki skrywającej się za pagórkiem. Omija nas zatem cała akcja, a o jej przebiegu dowiadujemy się z późniejszych opowieści. Tak, jakby autor bał się konfliktów zbrojnych, a jednak w innych miejscach pokazał, że fechtunek nie jest mu obcy.

Fabuła w Grze o Tron prowadzona jest spokojnie, a czytelnik karmiony jest następującymi po sobie opisami, które niekoniecznie mają jakąkolwiek wartość w płynącej opowieści. Generują jednak ten wyjątkowy klimat, sprawiający, że kolejne strony ulatują w niezauważalnym tempie. Ogrom ciekawych postaci i informacji sprawia, iż każdy znajdzie w powieści element, który będzie go trzymał w niepewności do samego końca.

Boli jedynie iście hollywoodzkie zakończenie, które standardowo pozostawia więcej znaków zapytania, niż konkretnych odpowiedzi. Pierwszy tom Pieśni Lodu i Ognia to swojego rodzaju wstęp do prawdziwej intrygi, która zawładnie całym Westeros… i czytelnikami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz